Złość nawarstwia się na złości
Badania Zillmanna zdają się wyjaśniać dynamikę procesów zachodzących podczas dobrze nam wszystkim znanych dramatów domowych, takich jak ten, którego stałem się kiedyś mimowolnym świadkiem, wybrawszy się na zakupy. Między rzędami półek supersamu niósł się podniesiony głos młodej matki, która mówiła do mającego około trzech lat synka, wyraźnie akcentując słowa:
— Odłóż... to!
— Ale ja to chcęl — jęczał malec, przyciskając jeszcze mocniej do piersi pudełko płatków śniadaniowych.
— Odłóż to! — powiedziała matka jeszcze głośniej. Widać było, że ledwie powstrzymuje złość.
W tym momencie berbeć siedzący w wózku, który pchała przed sobą, upuścił słoik galaretki, który bezskutecznie próbował nadgryźć. Kiedy słoik roztrzaskał się na podłodze, matka wrzasnęła: „Jeszcze i to!" i ogarnięta furią, trzepnęła brzdąca, wyrwała trzylatkowi pudełko płatków, cisnęła je na najbliższą półkę, chwyciła go pod pachę i manewrując niebezpiecznie wózkiem popędziła do wyjścia, przy akompaniamencie wycia brzdąca i pełnych protestu okrzykach wyrywającego się jej i machającego nogami synka: — Puść mnie, puść mnie!
Zillmann stwierdził, że kiedy nasze ciało znajduje się już w stanie napięcia i coś wyzwoli reakcję zwaną tu porwaniem emocjonalnym, to następna emocja — bez względu na to, czy jest to złość czy niepokój — jest szczególnie intensywna. Z taką właśnie dynamiką mamy do czynienia, gdy ktoś wpada we wściekłość. Zillmann uważa potęgującą się złość za „ciąg rozdrażnień, z których każde wyzwala powoli zanikającą reakcję pobudzenia". Każda kolejna wywołująca rozdrażnienie myśl czy postrzeżenie stają się miniwyzwalaczem wysyłanych na polecenie ciała migdałowatego fal amin katecholowych. Fale te nawarstwiają się jedna na drugiej, przy czym każda zwiększa poziom hormonów będących pochodnymi tych amin. Druga fala nadchodzi, zanim zdążyła opaść pierwsza, za nią pędzi trzecia i tak dalej; każda kładzie się na grzbiecie poprzedniej, szybko podnosząc poziom fizjologicznego pobudzenia ciała. Myśl, która w tym nawarstwianiu się przychodzi później, wyzwala dużo silniejszy gniew niż te, które pojawiły się na początku. Złość nawarstwia się na złości; mózg emocjonalny rozpala się. Wtedy złość, nie powściągana przez rozsądek, może łatwo znaleźć ujście w akcie przemocy.
W tym momencie jesteśmy zawzięci i bezlitośni, nie trafiają do nas żadne argumenty, myślimy o zemście i odwecie, nie zastanawiając się nad możliwymi konsekwencjami takiego działania. Ten wysoki poziom pobudzenia „stwarza — powiada Zillmann — iluzję siły i odporności na ciosy, która może zainspirować nas i popchnąć do agresji", kiedy rozwścieczni i „tracąc zdolność rozpoznawania swych czynów" uciekamy się do najprymitywniejszych reakcji. Impulsy wysyłane przez układ limbiczny są przemożne; wskazówkami działania stają się najgorsze wspomnienia o brutalności życia.